ROSJA, UKRAINA

lipiec 2009

            - Który kraj jest największy na Świecie?

            - Rosja.

            - A kiedy tam pojedziemy?

No to pojechaliśmy. Co by tu zrobić, żeby w stosunkowo krótkim czasie doświadczyć tej wielkości i idącej za nią różnorodności, a jednocześnie nie zmęczyć się za bardzo i nie znudzić? Oczywiście przejechać z jednego końca na drugi. Najłatwiej i najprzyjemniej z północy na południe. No i wyszedł nam kraj kontrastów: dzikie ostępy - cywilizacja; tundra – step; zimno – gorąco; mnóstwo komarów – mnóstwo ludzi, no i przede wszystkim: Morze Białe – Morze Czarne.

Plany zmieniały się kilkakrotnie i ostatecznie Morze Białe widzieliśmy tylko z okien pociągu, a południe Rosji okazało się jednak Krymem, czyli Ukrainą, ale z czystym sumieniem można powiedzieć, że cel został osiągnięty.

W sumie przejechaliśmy jakieś 8 tysięcy kilometrów, z czego większość pociągami. Najpierw z Warszawy przez Wilno i Rygę dotarliśmy autobusami do Petersburga, a tam jakimś cudem udało nam się kupić bilety na najbliższy pociąg na północ i już po godzinnym pobycie w tym pięknym mieście siedzieliśmy w ostatnim wagonie pociągu relacji Moskwa – Murmańsk.

Północ powitała nas jakąś dobę później zimnym deszczem siąpiącym z niskich chmur. Byliśmy w samym centrum półwyspu Kolskiego, w miejscowości Apatyty, której nazwa pochodzi od wydobywanego w pobliskich górach minerału. Właśnie tam zmierzaliśmy. W Chibiny - skaliste góry wysokości Bieszczad położone jakieś 200 km za kołem polarnym. Nad górskim jeziorem rozbiliśmy namioty. Podstawową zaletą Rosji dla turystów jest brak prywatnej ziemi, dzięki czemu namioty można rozbijać, gdzie tylko się zamarzy (choćby i w centrum miasta) pod warunkiem, że nie jest to teren żadnego rezerwatu.

Chłopaki od razu poczuli wolność. Po kilku dniach spędzonych na ciągłych przesiadkach między autobusami, i pociągami wreszcie mogli biegać, krzyczeć, wspinać się na niskie, karłowate brzozy, walczyć na kije, wrzucać kamienie do jeziora… W zabawie nie przeszkadzała im ani nieustająca mżawka, ani chłód (wieczorem temperatura spadła do ok 3 stopni Celsjusza). Czym prędzej rozpaliliśmy ognisko i wetknęliśmy w płomienie menażkę z czymś, co później miało się stać naszym obiadem.

Jak się potem okazało deszcz był naszym wybawieniem. Otóż… w deszczu nie latają komary, a przynajmniej lata ich mniej. Jeszcze w pociągu sąsiad z łóżka obok wspominał, że w tundrze nie da się spokojnie wypić herbaty, bo masowo topią się w niej komary, ale do tego rodzaju opowieści mieliśmy dziwny, zupełnie niepotrzebny dystans. Że komary będą – tego się spodziewaliśmy, mieliśmy nawet moskitiery do ochrony głów, ale komary topiące się w herbacie? Następnego dnia deszcz przestał padać i pierwszy komar wpadł do herbaty. Po nim następny i jeszcze jeden…

Nasz namiot przez kilka dni stał na brzegu krystalicznie czystego jeziora, a my w tym czasie włóczyliśmy się po okolicznych dolinach, a nawet troszkę ponad nimi. Pogoda nam sprzyjała. Nie licząc pierwszej 1.5 doby, nie padało, a temperatura momentami dochodziła nawet do 15-16 stopni. Istna sielanka kilkadziesiąt centymetrów nad wieczną zmarzliną.

Ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że brak nocy dzieciom w ogóle nie przeszkadza. W odróżnieniu od dorosłych co wieczór deklarowały zmęczenie i o względnie przyzwoitej porze zasypiały zabezpieczone wszystkimi ubraniami i otulone puchowymi śpiworami. Bo, chociaż słońce nie zachodziło, „noce” były zdecydowanie chłodniejsze, niż dni.

Po kilku dniach przedzierania się przez gęstą, karłowatą roślinność i snucia się po tundrze, znowu przekroczyliśmy próg dworca kolejowego w Apatytach. Dokładnie w chwili, kiedy na peron wtaczał się pociąg, znowu zaczęło padać. Północ pożegnała nas tak, jak powitała…

Do Petersburga jechaliśmy dobę. To akurat tyle ile potrzeba na wyspanie się, gruntowne wyszorowanie całej rodziny po tygodniowym niemyciu, kilka posiłków i mały relaks. Krótka chwila. Do Petersburga dojechaliśmy w południe, a 14 godzin później z niego wyjechaliśmy. Następnym pociągiem, pociągiem, który miał nas zawieźć prosto nad Morze Czarne. 13-ty wagon, w nim 54 łóżka, 57 osób, 36 stopni Celsjusza i otwierane co czwarte okno. I 39 godzin jazdy.

Wieczorem byliśmy w Sewastopolu. Jako, że wszelkie próby kupienia dowolnego biletu umożliwiającego wydostanie się kilka dni później z Krymu spełzały na niczym, a czas płynął nieubłaganie, postanowiliśmy odłożyć to na kiedy indziej i czym prędzej dotrzeć do naszego wymarzonego celu – na zatopiony w podmiejskiej zieleni postsowiecki camping.

Kiedy wreszcie znaleźliśmy się na plaży, zachodziło już słońce. Chłopcy natychmiast – tak, jak stali wskoczyli do wody. W ubraniach zanurzali się w spienione fale. Zachowywali jak wędrowcy na pustyni, którzy znaleźli upragnioną oazę. W końcu Marcel zamyślił się na chwilę i zapytał:

- Dlaczego robi się ciemno? Przecież na tych wakacjach nie ma nocy!

Następnego dnia okazało się, że zachód słońca jest jedynym momentem, kiedy można wejść na plażę. Przez resztę dnia można było co najwyżej deptać po plażowiczach. Zamiast tego woleliśmy (wszyscy) zorientować się, co jeszcze Sewastopol ma do zaoferowania. A miał całkiem sporo: wycieczki łódkami po zatokach, oglądanie statków należących do rosyjskiej floty czarnomorskiej, delfinarium, no i najważniejsze chyba – „mityczne” trolejbusy…

Kiedy już trochę odpoczęliśmy, wybraliśmy się na wycieczkę do Bakczysaraju. Raptem dwie godziny w autobusie i jesteśmy na miejscu. Pałac Chanów, skalne miasto – egzotyka jakby z innego kontynentu, tylko ludzie jacyś tacy podobni do nas…Zobaczyliśmy wszystko nie spiesząc się, bo i po co i kilka minut po godzinie 18 byliśmy z powrotem na dworcu. Niestety, okazało się, że autobusy do Sewastopola o tej porze już nie jeżdżą, a pociąg będzie dopiero w środku nocy. Co się robi w takiej sytuacji? Idzie się na drogę wylotową z miasta, bierze dzieci na ręce i macha na przejeżdżające samochody. Już po pięciu minutach jechaliśmy sobie wygodnie z bardzo miłym panem, który całą drogę zabawiał nas rozmową, a ostatecznie podwiózł pod samą bramę campingu. Nie ma to, jak spóźnić się na ostatni autobus!

            Czas spędzony na Krymie minął nam szybko, upalnie i – na szczęście – pochmurnie. Bilety powrotne ostatecznie udało nam się kupić na pociąg do Kijowa, a stamtąd do Lwowa. Ze Lwowa do Warszawy, to już rzut beretem... Na szczęcie nie musieliśmy nim rzucać, bo w Kijowie mieli kasy międzynarodowe (w Sewastopolu ich nie było, więc na żaden pociąg wyjeżdżający poza Ukrainę biletów kupić się nie dało) i udało nam się wymienić bilet do Lwowa na bezpośredni do Warszawy. Dzięki temu chłopcy mieli okazję z wielką zaspaną radością oglądać skutki różnic w rozstawie szyn, czyli wymianę kół wagonom pełnym ludzi. I to chyba zrobiło na nich największe wrażenie.

POWRÓT