MAROKO

styczeń 2013


    Wszystko zaczęło się od biletów autobusowych do Berlina. Skoro już pojawiły się bilety po złotówce od łebka, to nie można było nie skorzystać. Potem zaczęliśmy gorączkowo zastanawiać się, gdzie pojechać dalej, by tak naprawdę spędzić ferie… Berlin w zimie wydawał się mało kuszący.

    Wybór nie był duży, byliśmy mocno ograniczeni czasowo – i przerwą szkolną i biletami autobusowymi. W końcu padło na lot do Maroka. Agadir przywitał nas palmami i słońcem. Zwłaszcza palmy sprawiły dzieciom wielką radość. Symbol ciepłych krajów i odpoczynku od zimy. Spodziewaliśmy się tłumu turystów, bo w końcu Agadir jest jednym z ważniejszych kurortów w tym kraju. Najwyraźniej jednak sezon turystyczny ogranicza się do cieplejszej pory roku, bo ku naszemu zdziwieniu, Europejczyków prawie nie było. Plaża wydawała się jakby opuszczona, ożywiali ją tylko snujący się smętnie, ubrani w grube kurtki Marokańczycy. Temperatura wody zdecydowanie nas nie rozpieszczała, mimo to chłopaki postawili sobie za punkt honoru kąpiel w oceanie. Plan wykonali, świetnie się przy tym bawiąc, ale potem do wieczora szczękali zębami.

    Z Agadiru dojechaliśmy autobusem do Marakeszu. Spacery po wąskich, zatłoczonych uliczkach tamtejszej medyny sprawiły nam dużą frajdę. Szczególnie duże wrażenie miasto robiło w nocy – tętniące życiem, hałaśliwe, na swój sposób wesołe.

    Po trzech dniach zwiedzania miasta wyruszyliśmy w dalszą drogę i po kilkunastu godzinach jazdy autobusem przez ośnieżone góry i surowe pustynne płaskowyże, znaleźliśmy się w małym hoteliku na skraju wielkich piaszczystych wydm. To było miejsce, na które chłopcy najbardziej czekali. W końcu nigdy jeszcze nie byli na pustyni! Gigantyczna piaskownica, rozgwieżdżone niebo i wycieczki na wielbłądach. Najwspanialszą zabawą okazało się zjeżdżanie na pupie z największej wydmy. Ciekawe, że podobne atrakcje na śniegu przed kilkoma dniami nie dostarczały aż takich emocji…

    Niestety, czas szybko mijał, ferie zbliżały się do końca. Trzeba było wracać do Europy. Z niemałymi trudnościami udało się nam wydostać z pustyni i znowu autobusem, a potem pociągiem dotrzeć do Tangeru. Po dwóch dniach snucia się po Tangerze przeprawiliśmy się promem na stary kontynent. Potem jeszcze dzień w Maladze, samolot do Berlina, noc w autobusie i… znowu jesteśmy w domu. Jakoś tak szybko… Przecież dopiero co wyjeżdżaliśmy…






























































































































































































POWRÓT