WYSPY LIPARYJSKIE

czerwiec 2008

Po ubiegłorocznym zwiedzaniu kanaryjskich wulkanów zachciało nam się więcej. Więcej wulkanów, bardziej aktywnych, łatwiej dostępnych. Można oczywiście lecieć nad Pacyfik, gdzie wybór byłby całkiem pokaźny (gorzej pewnie z dostępnością). Można, ale nie trzeba. Wystarczy dostać się do Włoch…

Z przesiadką w Rzymie dolecieliśmy do Catanii. Sycylia przywitała nas upałem, kurzem, korkami i smogiem kompletnie zasłaniającym Etnę. Przebiliśmy się przez miasto i przed zachodem słońca znaleźliśmy się na campingu położonym na czarnym skalistym urwisku nad morzem. Morze wśród czarnych wulkanicznych skał wydawało się turkusowe. Cały camping upstrzony był drewnianymi domkami i pstrokatymi pniami eukaliptusów. Mieliśmy na nim spędzić dwie noce. Rano postanowiliśmy zbliżyć się odrobinę w stronę Etny. Mieliśmy nadzieję, że autobus podmiejski wywiezie nas ponad chmury, które tego dnia zawisły nad Sycylią. Jechaliśmy rzeczywiście w górę i w górę, ale progu chmur nie przekroczyliśmy. Znaleźliśmy się dokładnie w ich deszczowym środku. Tak więc Etna pozostała ukryta za woalem smogu i chmur, a my wyruszyliśmy na północ. Najpierw pociągiem, potem autobusem (zwiedzając po drodze Messynę), w końcu promem na wyspę Lipari – największą spośród wszystkich 7 wysp należącej do archipelagu liparyjskiego.

Kiedy wpływaliśmy do portu, słońce chowało się już za horyzontem. Wyspa wydawała się mała, spokojna, bardzo przyjazna. Portowe miasteczko z wąskimi ulicami, białymi kamienicami i ukwieconymi balkonami nasuwało skojarzenia z impresjonistycznymi obrazami. Jak wysiedliśmy z promu i, stojąc jeszcze na pomoście zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby spojrzeć na miasto, Wiktor zapytał z nadzieją w głosie:

- Czy zostaniemy tu już na zawsze?

Hotelik, w którym mieliśmy mieszkać znajdował się w sąsiedniej zatoce. Oddzielony był tylko ulicą od czarnej, wulkanicznej plaży. Prowadził go, jak się okazało, pewien Australijczyk, który wiele lat temu przyjechał tu na wakacje i tak mu się spodobało, że został już na zawsze. Rzeczywiście, miejsce jest wyjątkowo malownicze. Mieliśmy mały pokoik z dużym tarasem, z którego rozciągał się widok na dwie sąsiednie wyspy, oraz górujący nad jedną z nich nieustannie dymiący wulkan – Stromboli.

Kamienista plaża okazała się dużo ciekawsza, niż można by się spodziewać. Rzucanie kamieniami do wody jest dużo bardziej zajmującą zabawą, niż lepienie zamków z piaski. A i foremek do tego nie potrzeba…

Lipari jest położone mniej więcej w centrum całego archipelagu i ma bardzo dobre połączenia promowe z innymi wyspami co daje znakomitą okazję, żeby organizować sobie krótkie, jednodniowe wypady na pozostałe wyspy. My odwiedziliśmy w sumie cztery z nich. Oprócz Lipari były to Volcano, Panarea i niemal mityczne Stromboli.

Na Volcano mieliśmy najbliżej. Wodolotem płynęło się jakieś 20 minut. Wysepka jest nie za duża z „tytułowym” wulkanem po środku. Wchodzi się na niego łatwo i w miarę szybko, a na szczycie czeka to, co lubimy najbardziej, czyli siarka, fumarole, dym i piękne widoki. Krater jest dość duży, przyozdobiony siarkowymi poletkami i dziurami, z których wydobywa się gorący, duszący, śmierdzący dym. Siarka w tych miejscach ma konsystencję wilgotnego błota i temperaturę na granicy tolerancji ludzkiej skóry, czyli można bezboleśnie zanurzyć w niej dłoń, ale utrzymać jej tam za długo się nie da. Wokół krateru poustawiane są tablice z informacją, że, jeśli zawiewa dymem w naszą stronę, należy wstrzymać oddech. Rzeczywiście, warto to zrobić. Uczucie wyżerania płuc od środka nie należy do najprzyjemniejszych.

Chłopcy byli zachwyceni. Największą atrakcją okazała się obserwacja powolnego zsiadania, a następnie zwęglania się jajka, które ktoś wyrzucił ze skorupki na ziemię. Kto by pomyślał, że do tego nie potrzeba patelni! Nazbieraliśmy kamieni i siarki na pamiątkę, nasyciliśmy się widokami i powoli ruszyliśmy na dół.

Jedną z większych atrakcji tej wyspy są wulkaniczne ciepłe błota, w których można się potaplać. To podobno zdrowe. Po wyjściu z błota człowiek śmierdzi siarką przez przynajmniej dobę, a już na zawsze przejmują ten zapach ubrania, w których się chodzi tego dnia. Może to i zdrowe, ale żeby komfortowe było na dłuższą metę – tego się nie da powiedzieć.

Panarea jest wyspą luksusową. Wiele gwiazd światowej popkultury ma tam podobno swoje wille i letnie rezydencje. Wyspa jest maleńka, a jej stolicą jest małe, ciasne miasteczko z tak wąskimi ulicami, że nie zmieści się na nich żaden normalny samochód. Dlatego normalnych samochodów tam nie ma. Tylku skutery (i trzykołowe furgonetki skonstruowane na ich bazie) i nasze, polskie elektryczne Melexy. Ulice są tak wąskie, że w wielu miejscach, jak widać nadjeżdżającego Melexa, trzeba się chować w bramę, żeby umożliwić mu przejazd.

Stromboli. Ta nazwa mówi sama za siebie. Wyspa – wulkan. Wulkan nie byle jaki, bo najbardziej aktywny wulkan świata. Wybucha regularnie co 10-15 minut. Wybuchy nie są groźne, nie zagrażają znacząco ludziom mieszkającym na zboczach góry. Są nawet organizowane nocne wycieczki na szczyt, żeby podziwiać tryskającą z krateru lawę. Niestety, nie wolno tam wchodzić z małymi dziećmi, więc tą atrakcję byliśmy zmuszeni zostawić sobie na bardziej odległą przyszłość. Przynajmniej będzie powód, żeby tam wrócić…

Zamiast tego okrążając statkiem wyspę mieliśmy okazję podziwiać wybuchy z dołu. Piorunującego wrażenia to nie robiło, no bo jakie wrażenie może zrobić piętnastometrowa fontanna lawy widziana z blisko kilometr niższego pułapu? Ale jednak świadomość, że oto na naszych oczach wybucha wulkan była przyjemną świadomością i chłopaki przez długi jeszcze czas opowiadali, że NAPRAWDĘ widzieli, jak wybucha wulkan.

Słońce zachodziło, kiedy kołysząc się na pokładzie małego stateczku pływaliśmy dookoła Stromboli. Ostatni, zielony promień słońca widzieliśmy dwa razy, bo w odpowiednim momencie statek podniósł się na fali i dał słońcu szansę błysnąć po raz drugi. Ten zielony promień, to był nasz dobry znak.

W ostatnim dniu wyjazdu nawet Etna zdecydował się pokazać nam swoje oblicze. Na lotnisko w Catanii pojechaliśmy wcześnie rano. Było jeszcze ciemno. Kiedy wchodziliśmy do terminalu, tuż po wschodzie słońca, odwróciliśmy się jeszcze na chwilę i wtedy naszym oczom ukazał się idealny, dymiący stożek. Wąską strużką dymu żegnał nas, kiedy samolot wznosił się w powietrze, aż w końcu zniknął na horyzoncie.

Po powrocie do domu któregoś dnia chłopaki widząc w telewizji Tatry zaczęli krzyczeć:

- Wulkany!!!

Wtedy dopiero uświadomiliśmy sobie, że oni jeszcze nigdy nie widzieli gór, które nie są wulkanami! Trzeba będzie to nadrobić…

 

POWRÓT